Rozdział Trzeci - ARTEFAKT Drukuj

 

Wszystkie wierzenia posiadają systemy energetyczne, które działają jak pomieszczenia narodzin dla pojawienia się wierzenia. Wewnątrz tych systemów energetycznych przepływają prądy, które kierują waszym doświadczeniem życiowym. Macie świadomość istnienia tych prądów świadomie lub podświadomie i pozwalacie im na doprowadzanie siebie do obszaru doświadczenia, który to najlepiej egzemplifikuje wasz prawdziwy system wierzeń. Kiedy wasz system wierzeń niesie w sobie utożsamianie się z twierdzeniem: „Jestem fragmentem Pierwszego Źródła przepojonym JEGO możliwościami,” wprawiacie tym samym w ruch energię wbudowaną w odczuwanie wszechpołączenia. Przyciągacie do swojej rzeczywistości uczucie połączenia z własnym Źródłem oraz z wszystkimi jego atrybutami. Wierzenie takie nierozerwalnie zespala się z wami, ponieważ jego system energetyczny asymiluje się z waszym własnym systemem energetycznym i wplata się w waszego ducha niczym nić światła.

Fragment eseju filozoficznego Komory 4 – Wierzenia i Ich Systemy Energetyczne

WingMakers

 

Pustynia nocą stawała się magicznym światem pogrążonym w ciszy i klarowności. Neruda przypomniał sobie o tym, gdy razem z Andrewsem rozstawiali namiot.  

Przez jedną noc nie powinno być aż tak źle, pomyślał. Poza tym Andrews twierdził, że nie chrapie, co stanowiło jedyny uzasadniony powód tego, że Neruda odpuścił sobie rozstawianie osobnego namiotu.

Każdy, kto spędził chociaż trochę czasu na pustyni doskonale wiedział, że chrapanie było najbardziej uciążliwym zachowaniem spotykanym w porze snu. W absolutnej ciszy uśpionej pustyni, no może z wyjątkiem kojotów, chrapanie może urosnąć do rangi ogłuszającego grzmotu.   

Neruda potrzebował porządnie się wyspać. Podczas dwóch godzin lotu helikopterem zdołał uszczknąć jedynie parę minut na drzemkę, gdyż większość czasu zajęło mu doglądanie z Evansem harmonogramu misji; wybieranie miejsca na obóz oraz szybkie wprowadzanie Samanty Folten w cele misji i kwestię artefaktu.     

Walt Andersen nie mógł dołączyć do wyprawy, ponieważ około godziny piętnastej dostał wiadomość o chorobie w jego rodzinie. Toteż Evans ustąpił, pozwalając Samancie na dołączenie do reszty zespołu, mimo jej stosunkowo niskiego stopnia upoważnień bezpieczeństwa. Neruda cieszył się z tego w duchu, po części dlatego, że Samanta była nowa i zapalona do działania, a po części z powodu jej wysokich rekomendacji Bransona.       

„Wiesz szefie, myślę że jutrzejszy dzień zafunduje nam niezłego kopa w dupę.”

Neruda uśmiechnął się na niekonwencjonalny dobór słów Andrewsa. Pośród całego rdzenia naukowego ACIO, Andrews jako jedyny wyrażał się z tak gardłową spontanicznością. Przez lata stało się to czynnikiem specyficznego komfortu dla Nerudy. Tak osobliwym, że aż stanowiącym pewnego rodzaju źródło podziwu. Neruda często życzył sobie, aby umieć wymawiać podobne słowa z równie naturalną lekkością jak Andrews.   

„Tak długo jak będziesz uraczał nas swoimi barwnymi komentarzami, na pewno tak będzie.” Kiedy Neruda przebywał sam na sam z Andrewsem, elementy sarkazmu stanowiły mimowolny odruch.

„A zatem, co mamy w planie po śniadaniu?”

„Przejdziemy jakieś pół kilometra w stronę podstawy płaskowyżu”  

„A kto będzie niósł małego potworka?”

„Może chciałbyś się zgłosić?” 

„Właściwie taaak… chciałbym zgłosić Evansa”

„Za dużo martwisz się o przyszłość,” upomniał go Neruda. „Czy możemy skupić się tylko na najbliższych dwóch minutach i ustawić namiot?”

„Nie ma sprawy, szefie”

„Ale jaki mamy ogólnie plan? Czy ta RV wykona swoją robotę, a potem możemy już wracać do domu?”

„Coś w tym stylu”, uśmiechnął się Neruda. „Byłeś przecież na spotkaniu przed wyjazdem. Na pewno słuchałeś?”

„Zawsze słucham, kiedy mówisz, szefie. Chodzi o to, że harmonogram misji wydaje się trochę... wydaje się niekompletny. Jeśli jesteśmy w stanie znaleźć to miejsce ET, to po co nasza cała wyprawa tutaj, rozstawianie namiotu, tachanie ze sobą małego potworka poprzez jakiś zapomniany kanion, po to tylko aby tuż po dokonaniu odkrycia stulecia grzecznie zrobić odwrót i wrócić do domu?”

„Tak jest w protokole,” odpowiedział stanowczo Neruda.

„Cholera, szefie, jeśli faktycznie tak jest w protokole, to czy jednak do zakresu upoważnień lidera zespołu nie należy możność wprowadzenia zmian? Czyż nie ma protokołu pozwalającego na zmiany w protokole, gdy wymagać będzie tego sytuacja? Chodzi mi o to, że co będzie jak odkryjemy jutro coś kompletnie niezwykłego? Jest to przecież możliwe, nieprawdaż? Dlaczego więc po odkryciu mamy biec do domu, tylko z powodu jakiegoś głupiego, przeterminowanego protokołu? Cholera, pozostałe zespoły dostały większą swobodę w działaniu. Chcę tylko powiedzieć, że my też powinniśmy.”

„Zobaczymy jak będzie. Jestem teraz zbyt zmęczony, aby martwić się o ewentualności wykraczające poza harmonogram misji. W każdym razie, między innymi właśnie po to jest tutaj Evans.

„Nie dawaj tej małpie więcej upoważnień niż jest to absolutnie konieczne,” wyszeptał Andrews, dobrze świadomy, że nieroztropnym jest zbyt głośno mówić. „Jego jedynym instynktem jest ukrywać. Słowo odkrycie nie figuruje w jego słowniku.”

„Jesteście nie fair – „

Emily wetknęła głowę do środka rozkraczonego namiotu. „Co wy chłopaki, jeszcze bawicie się w rozkładanie namiotu?” zapytała z nutką prowokacji.

Neruda i Andrews odpowiedzieli równocześnie. „Wynocha!”

Troszkę z panów nerwuski, nieprawdaż?” Nawet w przyciemnionym świetle lampki, jej uśmiech wciąż był zaraźliwy.        

„Samanta i ja skończyłyśmy rozstawianie namiotu, zaparzyłyśmy kawę i właśnie jesteśmy gotowe na mały spacer przed snem. Myślałyśmy, że będziemy mogły liczyć na towarzystwo pewnych dżentelmenów.” Mówiąc to skupiła się na użyciu wyraźnego angielskiego akcentu na słowie „dżentelmeni”, w celu przypomnienia obojgu jej korzeni w Cambridge.         

„Tak, tak, tak idź i rozgłaszaj wszystkim o waszym szybkim uwinięciu się, ale ty przykładowo nie musiałaś wysłuchiwać wyjaśnień szefa i dokładnych szczegółów każdego z wariantów naszego planu.”         

Neruda mógł tylko chrząknąć, że się nie zgadza, gdyż skupiony był na wiązaniu ostatniej liny i poprawianiu pozostałych. 

„Jest z tobą Samanta?” zapytał Neruda.

„Ona czuje się trochę nieśmiała przy twoim SL- Dwanaście,” odparła Emily.

„Prawdopodobnie słyszała o tym jak czytasz w myślach i obalasz wymówki rozmówcy. Wszyscy RV są wobec was ostrożni. Reszta uważa was za grupę miłych kotków.” Żartobliwie skomentował Andrews.    

„Czy dobrze słyszałem? Naprawdę zrobiłyście kawę, czy tylko próbujesz przekomarzać się ze starymi dżentelmenami.” spytał Neruda.     

„W rzeczy samej.”

„W rzeczy samej, ale odnośnie, którego pytania?”

„Właściwie obu.”

„I macie zamiar podzielić się tą kawą?”

„Muszę naradzić się z moją nową współlokatorką.” Emily wyjęła na moment głowę z namiotu. Odgłosy szeptu przeprowadziły krótką rozmowę.    

„Dobra, ale mamy jeden warunek.” 

„Którym jest ...?”

„Samanta chce zobaczyć artefakt.” 

Neruda chwilowo zamilkł, bardziej próbując zaobserwować swoją reakcję niż skupiając się na myśleniu o tym. „Ok,” odpowiedział instynktownie. „Wiem, że może trudno w to uwierzyć, ale już prawie tutaj skończyliśmy. Spotkajmy się za kilka minut w waszym namiocie. Wezmę ze sobą artefakt i powiem kilka słów wprowadzenia.          

„Czy takie dwie wścibskie osóbki jak wy znajdą czas na podgrzanie kilku ciastek przed naszym przybyciem?” Mówiąc to Neruda uśmiechnął się i spojrzał w stronę Emily i zarysu sylwetki Samanty stojącej na zewnątrz namiotu.       

„Możemy wziąć to pod uwagę.” Emily odwróciła się, pozostawiając za sobą aurę udawanego południowego akcentu.  

„Wiesz, szefie, nie jestem pewien czy to taki dobry pomysł pozwolić Samancie to obejrzeć,” powiedział Andrews, wskazując na aluminiowy futerał specjalnie wykonany dla artefaktu. 

„A dlaczego nie?”

„Ona jest RV.”

„Zdaję sobie sprawę, że nie ufasz RV, ale spróbuj być trochę mniej paranoidalny, jeśli możesz.”   

„Jestem paranoidalny, bo mamy Evansa i RV na naszej misji. Cholerna mieszanka. Wiesz dobrze, że gdy zdarzy się cokolwiek niespodziewanego natychmiast wymknie się to spod kontroli.” Ponownie powiedział szeptem Andrews.     

„Dobrze, więc w takim razie dopilnujmy, aby wszystko szło zgodnie z planem, jak to tylko możliwe,” odparł Neruda. „A zacząć moglibyśmy od dokończenia rozstawiania naszego przeklętego namiotu.”       

„Wyluzuj szefie. Już prawie koniec. Taa daa.” Przy czym wstał i rozłożył ręce niczym magik, który wykonał nadzwyczaj wyszukaną sztuczkę.

      

*    *    *    *

 

„Czy wasz namiot wciąż jeszcze stoi?” zapytała z uśmiechem Emily. Zajmowała się przy tym kawą stojącą na podręcznej kuchence i przygotowywaniem kruchych ciasteczek, które zabrała na wyprawę.  

„Jak odchodziłem to jeszcze stał.”

„Na szczęście dzisiejszej nocy nie ma wiatru”

„Na szczęście mamy kawę.” Miłość Nerudy do kawy wynikała z tego iż zwiększała ona u niego zapał odkrywcy.

„Czy Andrews zamierza do nas dołączyć?”

„Myślę, że wolał trzymać się z dala o kombinacji: RV + artefakt,” wyszeptał Neruda, nachylając się do ucha Emily. „Gdy zajrzeć pod jego zewnętrzny kostium macho, to pod spodem siedzi mały wystraszony człowieczek.”   

Emily roześmiała się i zawołała Samantę z namiotu. 

Według standardów ACIO Samanta była dość młodą osobą. Trzydzieści kilka lat, z nieznaczną nadwagą, nieśmiałym uśmiechem i uderzająco pięknymi szmaragdowymi oczami, które dominowały na jej twarzy. Wyglądała jak Celtyczka z czerwonymi falistymi włosami sięgającymi jej prawie do talii. Była osobą posiadającą spojrzenie w połowie niczym czarodziejka, a w połowie zadumany introwertyk.             

Neruda posłał jej swój najbardziej rozluźniający uśmiech, po czym postawił futerał na ziemi. „Sądzę, że cię to niezwykle zainteresuje,” zaczął. „Jak już mówiłem w helikopterze, obiekt ten znaleziono około dziewięć kilometrów stąd. Chcę zaczekać do jutra rana zanim przeprowadzimy pełną analizę RV i RePlay, ale teraz możesz zerknąć na chwilę.”    

Gdy tylko zwolnił zatrzaski i uchylił aluminiowe wieko, artefakt, do połowy zanurzony w gumowej piance, natychmiast zaczął dziwnie brzęczeć w pulsujący sposób. Samanta pochyliła się nad brzegiem futerału. Ogień z ogniska i pobliskiego świetlika wydawał się jakby spływał skupiając się na jej twarzy.           

Uczucie podniecenia zastąpił jakby niepokój. Jej oczy zmrużyły się skupiając się jedynie na obiekcie, a usta zwarły jakby zapomniały o możliwości mówienia.    

Wyczuwając, że coś było nie tak, Neruda pośpiesznie zamknął wieko. Samanta opadła na ziemię z głową na futerale. Emily krzyknęła. Neruda chwycił Samantę i trzymając uniesioną jej głowę, lekko klepał ją po policzkach. „Samanto. Samanto. Już w porządku. Wszystko ok.”           

Samanta niemal natychmiast otwarła oczy. Spojrzała na Nerudę, który przytrzymywał jej głowę na swoim kolanie. „To jest żywe,” wyszeptała jakby bojąc się być usłyszaną przez obiekt. „To jakaś forma inteligencji... nie technologia.”    

„Podnieśmy ją,” powiedział Neruda, pomagając jej powoli stanąć na nogi.  

„Wszystko w porządku?” zapytała Emily. 

„Tak. Nic mi nie jest, poza małym wstrząsem spowodowanym przez – „ 

„Co tam do cholery się dzieje?” spytał zbliżający się Evans, a kilka kroków za nim pojawił się też Collin.  

Przez moment Neruda nie był pewien, co odpowiedzieć.

„Co się stało?” zapytał ponownie Evans, tym razem z większym naciskiem. 

„Niech każdy się uspokoi,” odparł łagodnie Neruda. „Czy wystarczy kawy dla wszystkich, Emily?” 

„Tak, tak, oczywiście.”

„Usiądźmy przy filiżance kawy i powiemy wam, co wiemy. Jestem tak samo ciekaw, co powie Samanta, jak pewnie każdy z nas.”   

Samanta była wyraźnie roztrzęsiona, tak więc Neruda pomógł jej usiąść na jednym ze składanych krzeseł ustawionych wokół ogniska. Evans i Collin dołączyli, siadając w kręgu krzeseł luźno oplatającym palenisko.    

Emily szybko zaczęła nalewać kawę. Neruda podał pierwszą filiżankę Samancie. Nocne powietrze zaczynało być trochę chłodne, a gorąca filiżanka przypomniała Nerudzie o tym, że pustynny magazyn ciepła ustępuje właśnie miejsce chłodowi nocy.    

„Jesteś pewna, że wszystko ok?” Zapytał ponownie Neruda, kucając przed Samantą.

Ona wzięła duży łyk kawy i odparła: „Tak, wszystko gra. Dziękuję.”     

„Czego doświadczyłaś? Czy możesz nam powiedzieć?” Neruda wstał tylko po to, aby usiąść naprzeciwko Samanty na składanym krześle rozstawionym przez Evansa. 

„Gdy usłyszałam to brzęczenie... ono... ono natychmiastowo wniknęło do mojego umysłu. Miało niesamowicie potężny efekt hipnotyczny. Ukazało mi to pewien obraz – „      

„Jaki to był obraz?” wtrącił Evans.

„Była to jakaś jaskinia lub rodzaj struktury.”

„Na Ziemi?”

„Nie wiem... być może. Miejsce to zostało zaprojektowane... nie była to naturalna jaskinia... raczej jakby jakiś przedsionek. Tak, jaskinia została zbudowana, ale nadano jej wygląd naturalnej struktury.”   

„Przez kogo?” Neruda i Evans zapytali jednocześnie. 

„Nie wiem.”

„Samanto, powiedziałaś wcześniej, że artefakt był żywy. Że nie jest on technologią, ale raczej formą inteligencji. Co miałaś dokładnie na myśli?”  

„Mogę się mylić, ale artefakt wydawał się jakby ożył.” Jej głos drżał a oddech był krótki. Przełykając ślinę, wyglądała na oszołomioną. „To czytało mój umysł. Czułam jak mnie skanuje. Uczucie trochę jakbym była jedzona żywcem – z tym, że jedzone były moje myśli.”   

„Coś takiego wciąż mogło być dziełem technologii, nieprawdaż?” mówiąc to Evans spojrzał badawczo na Nerudę i Collina.

„Nie mogę sobie wyobrazić jak taki obiekt mógłby posiadać inteligencję organiczną,” stwierdził Collin. „To prawie niemożliwe, aby coś, co zrobione jest ze stopów metali – „  

„Uważam, że powinniśmy przyjąć, że rzecz ta jest niebezpieczna” przerwał Evans wstając, po czym zamilkł. Wyraźnie rozważał alternatywy. 

„Nie stwierdzajmy tak, nie wiedząc praktycznie nic o tym obiekcie,” powiedział Neruda. „Samanto obraz, który widziałaś, było tam może jakieś wejście?”    

„Tak, myślę, że tak.” 

„Ale wszystko co widziałaś to tylko ciemna struktura?” 

„Owszem.”

„Czy wyczułaś odległość lub kierunek oddalenia tego miejsca od naszego obozu?”  

„Nie. Żadnego. Chociaż, gdy teraz spytałeś, wydaje mi się, że było ono blisko. Nie jestem pewna. Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund. Było przytłaczające. Przyrównać można by to do... do gwałtu emntalnego.” Zaczęła płakać, a z jej oczu spływały łzy za każdym mrugnięciem powiek.  

Emily uścisnęła dłoń Samanty na znak wsparcia, a Evans krążący wokół ogniska nagle się zatrzymał. „Wiesz co, możliwe że to jest sonda. Nie wiem czemu nie wziąłeś tego pod uwagę wcześniej. Urządzenie naprowadzające, kompas, mapa. Brałeś po uwagę wszystko tylko nie sondę. Dlaczego?”

„Zanim zaczniemy wyciągać jakieś wnioski, weźmy jedną rzecz pod uwagę,” zaznaczył Neruda z nutką sarkazmu. „Z całym należytym szacunkiem wobec Samanty, mogła ona nieprawidłowo zinterpretować prawdziwe intencje artefaktu.”

„Jak to?” dopytywał się Evans.

„Możliwe, że urządzenie zostało aktywowane przez jej zdolności metapsychiczne. Być może przez moje własne. Nie wiem. Ale urządzenie zostało w jakiś sposób aktywowane i może być tak, że jego głównym celem jest wybadanie i połączenie się z osobą, która je aktywowała oraz przekazanie jej wiadomości lub obrazu.”          

Neruda zwrócił się ponownie do Samanty. „Czy słyszałaś to, co właśnie powiedziałem?”

Przytaknęła głową.

„Czy jest taka możliwość, że urządzenie po prostu próbowało się z tobą połączyć? I że wcale nie próbowało ciebie zranić?”    

Samanta nie dała żadnego znaku głową. Jej twarz zastygła, a oczy zamknęły się niczym ociężałe drzwi. Wszyscy czekali, co stanie się dalej.    

„Samanto, czy mnie słyszysz?” 

Ona jednak pozostała nieruchoma, jakby zapadła w sen.

Neruda doszedł do wniosku, że artefakt ponownie ją badał lub próbował w jakiś sposób się z nią skontaktować. 

„Myślę, że komunikuje się teraz z obiektem”

„Czy nie powinniśmy jej z tego ocknąć?” wtrącił Evans. „Może znajdować się w niebezpieczeństwie.” 

„Wygląda na spokojną. Powiedziałbym nawet pogodną” szepnął Neruda. „Poobserwujmy przez jakiś czas.” Zwolnił zatrzaski aluminiowego futerału, po czym powoli uchylił wieko. Obiekt bez dwóch zdań emitował pewne wibracje. Było to brzęczenie, ale zupełnie nie podobne do wytwarzanego przez urządzenie elektryczne. To brzęczenie było niesłychanie subtelne, niemalże niezauważalne, nawet w ciszy pustyni. Bardziej się je wyczuwało niż słyszało.              

Samanta nadal wyglądała na nieobecną, jakby w transie, w całkowitym porozumieniu z artefaktem. Neruda zbliżył się do niej i dotknął dłonią jej czoła, jakby próbował określić czy ma gorączkę. Sprawdził jej też puls. Poczuł ulgę, że z Samantą wszystko w porządku.     

Gdy usiadł z powrotem, zdawał się być lekko zdezorientowany. 

„Czy wszystko u ciebie ok?” zapytała Emily.  

Neruda powoli przytaknął, lecz w jego oczach można było dostrzec niepewność. 

„Czuję jak jestem wciągany w stan nieświadomości,” powiedział słabo Neruda. „Nie jest łatwe oprzeć się tej rzeczy–”    

Evans wstał i zaczął ponownie kursować. „Czy ktoś jeszcze odczuwa ten... tą hipnozę?”  

Collin i Emily potrząsnęli przecząco głowami i wymruczeli „nie”.  

„Cholera myślałem, że uzgodniliśmy iż czekamy do rana z rozpoczęciem badań.” Odezwał się z podniesionym głosem Evans. 

„Zapomniałem powiedzieć artefaktowi, że zamierzamy zaczekać do rana,” przyznał Neruda, pokazując, że jego poczucie humoru ma się dobrze. „Nie martw się, nie odczuwam żadnego zagrożenia.” To próbuje jedynie połączyć się w tym samym czasie ze swoją bazą-pochodzeniową oraz z moim umysłem. Wydaje się, że obiekt robi rozeznanie.” Neruda wymawiał słowa jakby znajdował się we śnie. Potarł kąciki oczu opuszkami palców. Przy czym każdy ruch był wydłużony, jakby zmieniła się nagle grawitacja, a czas płynął kilkakrotnie wolniej.       

„Już rozumiem.” Odezwała się Samanta. Opadła z krzesła i przyklękła przy artefakcie. Następnie uniosła go, wytężając wszystkie swoje siły. Dotknęła palcami określone glify w odpowiedniej kolejności, po czym brzęczenie ustało.       

„Obiekt ten zaprojektowano w celu ochrony przed intruzami,” wyjaśniła Samanta. „On się po prostu broni. Bada twoje zamiary poprzez skanowanie myśli. To powoduje, że jest się bezradnym podczas takiego szacowania intencji.”         

Neruda powrócił do rzeczywistości odkąd Samanta wyłączyła urządzenie. „Czy ujrzałaś to miejsce?”

„Tak,” odparła podekscytowana. „Jest gdzieś blisko. Wprawdzie dobrze ukryte, ale myślę, że uda nam się je znaleźć.”   

„Jakie miejsce? Gdzie?” zapytał lekko zdezorientowany Evans.  

„Ja także coś ujrzałem,” powiedział Neruda. „Sądzę, że mógłbym to rozpoznać gdybym ujrzał to ponownie.”   

„Świetnie, ale czy wiesz gdzie powinniśmy zacząć szukać?” 

„Nie,” odparł Neruda jakby coś go rozproszyło. 

„Sądzę, że potrafię zlokalizować to miejsce po pewnym charakterystycznym elemencie jaki ujrzałam.” Samanta umieściła obiekt z powrotem w piance ochronnej wewnątrz futerału, po czym usiadła na krzesło głęboko wzdychając.        

„Mówiłaś coś o jakimś charakterystycznym elemencie,” przypomniał jej Evans.

„Cienka, spiczasta formacja skalna podobna do komina. Ma jakieś może trzydzieści metrów wysokości, dziesięć w obwodzie u podstawy, ale na szczycie jedynie jakieś pięć metrów. Nie może być zbyt wiele takich formacji na tym terenie. Mam rację?”       

„Też coś takiego widziałeś? zwrócił się Evans do Nerudy ignorując pytanie Samanty.

Neruda poruszył przecząco głową. „Z jakiegoś powodu nie widziałem niczego, co mógłbym zidentyfikować jako charakterystyczny element, był to raczej zbiór wielu migawek, coś jak mozaika. Większość z nich przedstawiała jaskinię lub jakieś podziemne pomieszczenia.”     

„Tak, więc co to jest,” zapytała Emily, „technologia czy żyjąca inteligencja?” 

„Może to i to jednocześnie,” uśmiechnął się Neruda. „Czymkolwiek to jest, zna nas znacznie lepiej niż my je.”    

„Nie mam pojęcia jak mogłoby to być żyjącą inteligencją,” zaczęła powoli Samanta, „jednak każda kość mojego ciała mówi mi, że to żyje... że nie jest to martwa, zaprogramowana technologia. To jest żywa inteligencja, którą jakoś umieszczono wewnątrz tego obiektu.”         

Następnie w wyniku swojej frustracji dodała jeszcze: „Nie no, ja w ogóle sama nie wiem co mówię. Wygaduję jakieś bzdury. Przepraszam.”    

„W tych okolicznościach bzdury mogą okazać się jedynym rozsądnym językiem.” Podsumował Neruda i nalał sobie następną filiżankę kawy. „Wiesz co Emily, jeśli to nie przez twoją kawę, to prawdopodobnie do stanu nieświadomości wciągała mnie ta rzecz.” Zaśmiał się i wskazał wolną ręką na artefakt, który wyglądał spokojnie jak małe pisklę śpiące w gnieździe.           

„To kawa bezkofeinowa,” odparła z poważną miną Emily.  

„Więc za moją utratę koncentracji odpowiedzialny jest – „

„Wolałbym abyście podchodzili do tego trochę poważniej,” wtrącił Evans. „Właśnie obezwładniła was jakaś technologia, Samanta doznała gwałtu mentalnego, a wy sobie żartujecie na temat kawy.”    

Neruda spokojnie zapytał Emily. „Czy możesz przynieść mi schemat SMT... numer 2507?” Natomiast Samantę. „Jak długo zajmie ci przygotowanie i wykonanie RePlay?”       

„Dziesięć minut,” odparła.

„Dobrze, a zatem zacznij się przygotowywać.” Następnie Neruda zwrócił się do Evansa, przybierając skupiony i stanowczy wyraz twarzy. „A co w takim razie ty chciałbyś robić?”     

„Poobserwuję sobie... jeśli chodzi o teraz.” Evans skierował wzrok na ognisko, odwracając się od autorytatywnego spojrzenia Nerudy. Evans był świadom, że jego obecność na tego typu misjach zawsze spotykała się z pewną rezerwą. Jednocześnie wiedział, że między innymi na tym polega jego praca.      

Emily wróciła z namiotu, niosąc duży arkusz papieru i latarkę. Podała je Nerudzie, który rozwinął schemat na ziemi, jakieś dwa metry przed ogniskiem.  

Światło latarki padło na środek schematu pokrytego siecią różnokolorowych linii. Evans, Collin i Emily stanęli za nim opierając się dłońmi o kolana. Neruda przykucnął, opierając się jednym kolanem o ziemię.

„W tym miejscu znajduje się charakterystyczny element Samanty,” oznajmił Neruda, wskazując palcem i światłem latarki. Był to mały punkcik gęsto nałożonych okręgów, niemalże koncentrycznych, o wielu barwach, leżący w centrum mapy topograficznej. „Jest on odizolowany, zgadzałyby się też proporcje i wysokość,” kontynuował. „Mieści się jakieś trzy kilometry na wschód od naszego obozu.”     

„Poczekajmy z wykonaniem RePlay do rana,” powiedział Evans. „Jest już późno i wiemy gdzie powinniśmy iść dalej. Niech teraz każdy trochę odpocznie.” Jego głos zabrzmiał niczym wiązanka z karabinu maszynowego.    

Samanta wyszła z namiotu mając na głowie urządzenie hełmopodobne z wmontowanym weń małym ekranem. Całość wyglądała trochę jak druciany koszyk. Nie ważne jak wiele razy Neruda już je widział, zawsze myślał sobie, że to najgłupiej wyglądająca technologia jaką kiedykolwiek widział. Większość technologii rozwiniętych przez ACIO nigdy nie była przeznaczona do masowej produkcji czy zaprojektowana pod kątem konsumenta. Były budowane odręcznie, w ilości jednej sztuki. Natomiast wygląd samego urządzenia nigdy nie grał ważnej roli.            

„Poczekamy jednak do rana, Samanto,” powiedział Neruda. „Przepraszam, że musiałaś się niepotrzebnie przygotować. Sądzę jednak, że Jim ma rację, powinniśmy się wszyscy przespać, a naszą energię do poszukiwań skoncentrować w czasie dnia.”    

Samanta przytaknęła głową, trochę nawet z ulgą, na to, że nie będzie musiała dzisiejszej nocy ponownie kontaktować się z artefaktem. Czuła się wyczerpana z energii, tak więc sen wydawał się idealną propozycją.

„Ktoś chce jeszcze kawy?” Zapytała lekko zmęczonym głosem Emily.

„Pół filiżanki i idę.” Powiedział Evans, wyciągając przed siebie pustą filiżankę. Biała nawierzchnia filiżanki połyskiwała w świetle gwiazd łapiąc światło z ogniska i odbijając je niczym księżyc.

„Dzięki za kawę. Zobaczymy się jutro o świcie. Śpijcie dobrze.”

„Ty też,” odparła Emily.

„Dobrej nocy”, dodał lekko roztargniony Neruda.

Evans i Collin udali się razem do swojego namiotu.

„Szkoda, że nie zabraliśmy ze sobą lornetki na podczerwień” zauważył Neruda, rozglądając się powoli w promieniu 365 stopni. „Wschód jest w tym kierunku,” wskazał. „Gdybym miał lornetkę, mógłbym wspiąć się na tę grań i trochę rozejrzeć.”

„Pamiętaj, że to była kawa bezkofeinowa” przypomniała łagodnie Emily. „Myślę, że i ty powinieneś się trochę przespać. Wiem ile godzin przespałeś w ciągu ostatnich czterech dni. Idź więc się połóż.”

„Masz rację.” Zamknął futerał z artefaktem, ale po chwili znowu go otworzył. „A przy okazji,” zwrócił się do Samanty, „skąd wiedziałaś jak wyłączyć artefakt?”

„Co masz na myśli?” odparła Samanta.         

„Nie pamiętasz jak wstałaś i wyłączyłaś tą rzecz? spytał Neruda.  

„Nie...” oczy Samanty skupiły się, lekko poruszając rzęsami. Koncentrowała swój umysł niczym laser, co przypomniało Nerudzie dlaczego Branson tak ją zachwalał.       

„W ogóle nie przypominam sobie abym wstawała i cokolwiek wyłączała. Jesteś tego pewien?” Przeniosła przy tym wzrok z Nerudy na Emily. 

„Ja też to widziałam,” potwierdziła Emily. „Wstałaś z krzesła tak szybko jakby się za tobą paliło. Podniosłaś artefakt i zaczęłaś go obracać twoją... lewą ręką, a prawą dotykałaś glify jakby w określonej kolejności. Wyglądało to jakbyś dokładnie wiedziała, co robisz.”   

„Jeśli tak zrobiłam, to nie pamiętam.”

„Może twój umysł został lekko naruszony,” zasugerowała Emily, „czego skutkiem jest umiarkowana amnezja.”   

„To nie wyjaśnia skąd wiedziała jak dezaktywować artefakt.” Neruda spojrzał na Emily. „W jakiś sposób artefakt umieścił tą wiedzę wewnątrz ciebie, czego jednak nie pamiętasz. Wykonywałaś czynności nieświadoma ich wystąpienia.”   

„Co więc o tym myślisz?” zapytała Samanta. Na jej twarzy pojawił się nerwowy uśmiech, a jej koncentracja rozproszyła się niczym dym na wietrze.

„Myślę, że powinniśmy przestać spekulować,” po czym Neruda zamknął futerał i spiął zatrzaski jednym, synchronicznym klikiem. „Jedno co wiem na pewno, to to, że rzecz ta nie jest jedynakiem. Ma swoich braci i siostry, którzy są w pobliżu... i nie mogę się doczekać aby ich odnaleźć.”   

„I jak ty będziesz dzisiaj spał?” zapytała Emily z charakterystycznym południowym akcentem.

Neruda tylko się roześmiał i podniósł futerał. „Zobaczymy się rano. Dobranoc.”  

Podczas drogi do namiotu oddalonego o dwadzieścia metrów słyszał jeszcze przytłumione głosy Emily i Samanty. Powietrze pustynne było absolutnie spokojne. Zatopione w perfekcyjnej ciszy, którą Neruda coraz to bardziej odczuwał.   

Andrews już spał. Jego słuchawki były wciąż włączone, a na klatce piersiowej, okładką do góry, leżała rozłożona książka niczym zraniony ptak. Z dźwięku jego oddechu, Neruda wywnioskował, że znajduje się w głębokim śnie. Czyli w stanie, w którym Neruda także chciał się znajdować, ale wiedział zbyt dużo odnośnie tego co ich jutro czeka. Nie mógłby zasnąć. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
 
 
 

© 2017 WingMakers (PL)
Materiały WingMakers powielone za zgodą WingMakers LLC