Rozdział Czwarty - PIERWSZY KONTAKT Drukuj

 

Projekt eksploracji ma swój ponadhoryzontaly cel; boskie wyzwania i szczegółowy trening, któremu jesteście poddawani nie jest jedynie po to, abyście mogli sobie zagwarantować niekończącą się błogość i wieczny spokój. Istnieje cel transcendentnej służby ukryty za horyzontem wieku obecnego wszechświata. Jeśli moim zamierzeniem wobec was byłoby zabranie was na odwieczną wycieczkę do nirwany, to wówczas nie skonstruowałbym całego tego wszechświata na podobieństwo ogromnej i złożonej szkoły treningowej -- korzystającej z substancjalnej gałęzi mojej kreacji w postaci nauczycieli i instruktorów – a następnie nie spędzałbym ery za erą na pilotowaniu was, każdego pojedynczo, poprzez tę kolosalną wszechświatową szkołę uczenia się poprzez doświadczanie. To, że wspieram system progresji ludzkości wynika z mojej woli osiągnięcia zdecydowanego celu, jakim jest połączenie gatunku ludzkiego z pozostałymi gatunkami ze wszystkich wszechświatów.

Fragment eseju filozoficznego Komory 23 – Pierwsze Źródło

WingMakers

 

Mimo, że Neruda nie wziął sprzętu na podczerwień, to jednak miał kompas. Było jeszcze dość wcześnie jak na jego standardy – coś koło godziny 2300. Wziął parę niezbędnych rzeczy do małej torby, ubrał standardową wersję kurtki ACIO z małym napisem DoD Centrum Badań Pogodowych, po czym ruszył w kierunku wschodnim.       

Poszedł po szerokim łuku wokół obozowiska, aby uniknąć wykrycia przez Evansa. Neruda postarał się, aby go nie wykryto jak to tylko możliwe. Dobrze wiedział, że Evans czy ktokolwiek inny związany z bezpieczeństwem zespołu mógłby go wyśledzić. Cały personel ACIO miał wszczepione urządzenie śledzące, które sieć satelit ACIO mogła bez problemu wykryć. Nikt za tym nie przepadał, ale gdy opracowano tę technologię w połowie lat 60-tych, Grupa Labiryntu uznała ją za konieczną. Panuje ona nad paranoją, jak wyjaśniał Piętnastka.                  

Implanty miały wielkość ziarnka ryżu, a umieszczane były w dolnej części szyi, na prawo od kręgosłupa. Transmitowały one unikalną częstotliwość ciała danej osoby. W roku 1959 ACIO odkryło, że każda osoba emituje stosunkowo stabilny i całkowicie unikalny wzorzec wibracyjny. Ciało-odcisk, jak nazywano go wewnątrz ACIO, był tak dobry jak niezawodny odcisk-palca. Odkrycie to doprowadziło do rozwinięcia technologii, która wyodrębnia ciało-odcisk danej osoby i przesyła go do wspólnej sieci satelit NSA i ACIO.                  

Dezercja z ACIO uważana była za szczytowo ryzykowne posunięcie, jeśli brać pod uwagę jej powodzenie i dalsze życie na zewnątrz. Technologia implantu ciało-odcisk stanowiła jedną z ważniejszych przeszkód, jakie zniechęcały pracowników ACIO do dezercji. Ponadto istniały też inne technologie – zarówno te dopiero rozwijane, jak i już w pełni gotowe – które minimalizowały ryzyko wystąpienia dezercji. To była jedyna rzecz odnośnie ACIO, z którą Neruda nigdy nie był w stanie się pogodzić.            

Posępne wycie kojota spowodowało, że Neruda momentalnie stanął w miejscu. 

Spojrzał raz jeszcze w stronę obozu, po czym wybrał drogę rzadko porośniętą drzewami pinionu i bylicami. Księżyc wyglądał jak cienki, świecący sierp, a jego światło jak cichy szept wdzierający się w czyste nocne powietrze. Gwiazdy niemalże oświetlały pustynny krajobraz, ujawniając zarys pustynnej flory i skał na tyle iż Neruda mógł iść w komfortowym tempie.   

Poczuł się znacznie lepiej, gdy wyszedł poza zasięg wzrokowy obozowiska, tak więc włączył latarkę i przyśpieszył kroku. Światło jego latarki wyglądało jakoś nieswojo pośród ciemności pustyni, czuł się jakby był intruzem, który kroczy po zakazanym świecie. 

Ruszył w kierunku grani, którą pokazywał Emily na mapie ledwie piętnaście minut wcześniej. Widział jej zarys nawet bez lornetki. Wyglądała dokładnie tak jak opisywała Samanta. Samotna, spiczasta formacja z piaskowca, górująca wokół sąsiedztwa sękatych drzew, płożących bylic i karłowatej roślinności skalnej.        

Opuściwszy lornetkę, oszacował odległość tego miejsca na jakieś dwa kilometry stąd. Neruda zweryfikował swój aktualny stan. Nie był jakoś szczególnie zmęczony. Może jedynie trochę zdyszany po wspinaczce, ale tak poza tym jego ciało i umysł czuły się dobrze. Temperatura powietrza była dość chłodna, jednak wspinaczka na grzbiet pociągnęła ze sobą ocieplenie organizmu.        

Bez wahania ruszył dalej w stronę struktury skalnej, jakby była jego domem. 

 

*    *    *    *

 

Zapach kawy obudził Andrewsa jeszcze zanim pierwsze poranne promyki przeniknęły przez ciemnozielone poszycie namiotu. Obrócił się w śpiworze, po czym usłyszał odgłos upadającej książki na czerwone skalne podłoże. To zmusiło go do otwarcia oczu. Nie było nigdzie Nerudy. Jego śpiwór był pusty i jakby w ogóle nieużywany.              

„A wy chłopcy jeszcze się nie obudziliście?” Dało się usłyszeć pogodny głos Emily, promieniujący na zewnątrz namiotu.    

„Już wstaliśmy,” odparł ziewając Andrews, „ale nie widzę nigdzie Nerudy. Widocznie musiał wstać o świcie.”    

„Teraz jest świt. Mamy dopiero szóstą,” odrzekła Emily, ale już trochę mniej pogodnym głosem.  

„Skoro go nie widziałaś, a tu też go nie ma, to prawdopodobnie jest z Collinem lub Evansem.”  

„Nie, oni jedzą właśnie śniadanie i nic nie wspominali, aby widzieli Nerudę.”  

Andrews rozpiął swój śpiwór i wstał. „Może jego wczorajsza ochota na nocny spacer skłoniła go do wyruszenia wcześnie rano. Cholera, nie mam pojęcia.”    

„Nigdzie nie odchodziliśmy wczorajszej nocy.” 

„W takim razie, jestem pewien, że się wkrótce pojawi. Bez wątpienia zapach kawy powinien go zwabić gdziekolwiek jest. Na mnie to działa.” 

„Jeśli go zobaczysz, powiedz mu że czeka na niego śniadanie.”  

„To jest tylko specjalne śniadanie dla szefa, czy może też jestem zaproszony?”

„Ok, też możesz przyjść, tak sądzę.” Uśmiechnęła się Emily.

Andrews usłyszał stopniowo zanikający odgłos jej kroków. 

Evans przeglądając mapy podniósł głowę do góry. „Jakieś wieści o Jamissonie?” Napił się łyka kawy.    

„Żadnych namacalnych,” odparł Andrews, „ale z drugiej strony prawie jeszcze się za nim nie rozglądałem.” 

„Może jednak powinniśmy...”  

„Nie mogę uwierzyć, że mógłby tak po prostu opuścić obóz,” powiedziała Emily. „Widziałeś go w ogóle wczorajszej nocy?”    

Andrews zajęty był jedzeniem. „Nie wiem... nie pamiętam czy go widziałem. Ale kiedy śpię, jestem jak martwy.” 

„A jednak tam poszedł,” stwierdził Evans z niedowierzaniem w głosie. „Znowu złamał protokół. Nie mógł wytrzymać do rana. Założę się, że wyruszył ostatniej nocy zaraz po tym jak położyliśmy się spać.”        

Evans wyciągnął małe czarne pudełko wielkości paczki papierosów. Komunikacja w ACIO przebiegała zawsze po zabezpieczonych liniach, a owe czarne pudełko służyło właśnie jako cyfrowe urządzenie komunikacyjne. Masywna dłoń Evansa niemalże w całości obejmowała urządzenie, podczas gdy kciukiem wcisnął zielony przycisk. Odwrócił się plecami, po czym ściszonym głosem odezwał się do nadajnika: „Niezwłocznie wykonać skan ciało-odcisku Nerudy. Przesłać dokładne współrzędne. Określić ruch w granicach jednego metra.” Następnie wcisnął klawisz – wysłać – i czekał na potwierdzenie wiadomości. Bursztynowej barwy dioda zamigała, tak więc schował urządzenie z powrotem do kieszeni.               

ACIO preferowało komunikację jednokierunkową, czyli nie w czasie rzeczywistym. W takiej formie była znacznie trudniejsza do odszyfrowania, gdyż kodowanie zmieniało się za każdym wysłaniem wiadomości; w ten sposób wyciek jej zawartości był niemalże niemożliwy. Tym niemniej rozwiązanie to niejednokrotnie było powodem frustracji Evansa , który musiał długo czekać na odpowiedź.        

„Czy artefakt znajduje się wciąż w waszym namiocie?” zapytał Evans zwracając się do Andrewsa. 

„O ile wiem, to futerał jest, niewiadomo czy artefakt jest w środku.”  

Emily wzięła Nerudę w obronę, „Sugerujesz, że mógłby wziąć artefakt ze sobą i udać się w tamto miejsce bez nas?”  

„On już tam jest,” dodał Evans. „Prawdopodobnie nie wziął artefaktu tylko ze względu na jego wagę. Ale wierzcie mi, on tam jest.” 

„A dlaczego miałby to zrobić?” zapytał Andrews z pełnymi ustami.

„Ty nic nie wiesz o ostatniej nocy, mam rację?” zapytała Emily.

„Nie ... ja spałem, pamiętasz?”

„Zarówno Samanta jak i Jamisson nawiązali kontakt z artefaktem. W jakiś sposób nastąpiła jego aktywacja i przesłał im obrazy swojej bazy-pochodzeniowej. Dostaliśmy dość dobre namiary do jej lokalizacji... znajduje się około trzy kilometry na wschód od naszej pozycji.” Evans wstał ze składanego stolika i ponownie wyciągnął nadajnik z kieszeni. „Czemu zajmuje im to do cholery tyle czasu?”         

„Jest bardzo wcześnie; może mają mało personelu,” zasugerowała Emily. 

„Kiedy my mamy zamiar udać  się w tamto miejsce?” zapytała Samanta.

„Gdy tylko otrzymam odpowiedź, ruszamy dalej.”

Andrews spojrzał przelotnie we wschodnim kierunku. „Wygląda na to, że czeka nas niezła wspinaczka. Jak będziemy transportować artefakt?” Wrócił łapczywie do jedzenia, jakby był to jego pierwszy domowy posiłek po wyjściu z więzienia.       

„Pokonamy ten odcinek helikopterem. Nie martw się.” Głos Evansa wyraźnie wskazywał, że jego myśli były teraz zupełnie gdzie indziej. „Przeklęty Jenkins! Czemu trwa to tak długo?”      

„Opowiedz mi co się stało ostatniej nocy z tobą i artefaktem .” Spojrzał przelotnie na Samantę, po czym kontynuował jedzenie.  

Samanta trochę się jąkała, niepewna jak opisać swoje doświadczenie. „Ujrzałam obraz bazy-pochodzeniowej artefaktu.” 

„Wiemy, że jest oddalona o trzy kilometry na wschód ponieważ... ponieważ zobaczyłaś obraz... no właśnie jaki obraz?” dopytywał Andrews.  

„Niecodzienną formację skalną.” Samanta odczuwała pewną niechęć do mówienia. Jej zdolności metapsychiczne były przedmiotem wątpliwości i kpin przez całe jej życie, tak więc stała się ekspertem w wyczuwaniu jak to nazywała: podchwytliwych pytań. To nauczyło ją umiejętności rozmyślnej małomówności, nawet pośród kolegów w ACIO.            

„Zobaczyła też jaskinię – „

„W końcu! Wykrzyknął Evans, zanim Emily skończyła zdanie. Usiadł i przyglądał się uważnie małemu ekranowi, zasłaniając dłonią promienie wschodzącego słońca. Wprawdzie jego usta poruszyły się, ale nie przekazały żadnego dźwięku z wiadomości jaką czytał:       

0527 – 0921: ID CIAŁO-ODCISKU NERUDY @ NML0237/L0355. 3.27 KILOMETRA NA WSCHÓD OD TWOJEJ OBECNEJ POZYCJI. ZAKRES RUCHU NEGATYWNY. OZNAKI ŻYCIA WYKRYWALNE. NIEZWYKLE SŁABE ODCZYTY. KONIEC POWIADOMIENIA.

Evans momentalnie zmarszczył wargi i odezwał się do nadajnika, „Brak dalszych pleceń. Monitoruj sytuację i bądź na bieżąco. Wszystko w porządku. Koniec transmisji.     

„Jest już na miejscu i śpi sobie w najlepsze,” mówiąc to Evans nie starał się ukryć swojej frustracji. Zerknął na zegarek. „Zbierajmy się. Za niecałe piętnaście minut będzie helikopter.”       

Evans oddalił się bez słowa. Emily spojrzała na Samantę, jakby szukała wyjaśnienia w jej oczach. Samanta jednak wpatrzona była w kierunku wschodnim, a jej umysł szykował się na zadanie jakie ją czeka.       

„Zauważyłeś czy zabrał ze sobą śpiwór? zapytała Emily.

„Nie zabrał,” odparł Andrews. „Zostawił go w stanie nienaruszonym.” 

„Nie mogę sobie wyobrazić Nerudy śpiącego na pustyni bez śpiwora,” stwierdziła Emily, „opuścił swoją poranną kawę. Coś musi być nie tak.”  

„Myślisz, że jest ranny?”

„Nie wiem, ale coś się stało.” Emily spojrzała na twarz Samanty. „ A co ty czujesz?” 

Patrząc w oczy Emily, Samanta rzekła. „Ma się dobrze. To właśnie czuję.”     

„Nie wyczuwasz żadnego grożącego mu niebezpieczeństwa?”

„Nie.”

Twarz Emily wyraźnie stała się spokojniejsza. „Jeśli zamierzamy dotrzymać kroku Evansowi, dobrze byłoby trochę się sprężyć.”   

„Cholera, jedyną rzeczą jakiej można być pewnym, to że Neruda jest zbyt inteligentny aby wpakować się w kłopoty” pocieszał Andrews. Wrzucił kilka tekturowych talerzyków do plastikowej torby na śmieci i podał ją Emily. „Tak czy owak, muszę w pięć minut rozmontować namiot, którego rozkładanie zajęło nam trzydzieści. To ja lecę. Zobaczymy się za dziesięć minut.”

Andrews miał pewne wątpliwości, czy aby przywiązanie Emily do Nerudy miało jedynie charakter zawodowy. Nie był to raczej instynkt macierzyński, alarmujący ją o stanie Nerudy. Bardziej tęsknota za ukochaną osobą, a jej ostatnie zachowanie tylko potwierdziło ten fakt, przynajmniej w spostrzeżeniach Andrewsa. 

Emily wytrwale czekała, pozostając wciąż na linii przyjaźni i wypatrując na sygnał od Nerudy, który dałby znak na jej przekroczenie. Czekała tak prawie dwa lata. Nie padł jednak żaden jasny sygnał. Linia wprawdzie przesunęła się znikomo, ale powiedziała sobie, że cierpliwość zostanie nagrodzona. Poza tym, nie było alternatywy.

Po tym jak jej pierwszy związek się rozpadł, stała się bardziej ostrożna – może nawet trochę paranoidalna – wobec mężczyzn; potem spotkała ją jeszcze utrata stanowiska w Cambridge z powodu raka. Podczas rocznej rekonwalescencji jej samoocena trzymała się na włosku. Czuła się kompletnie odrzucona i samotna; wtedy to pojawił się nie wiadomo skąd Neruda, proponując jej pracę i rozpoczęcie nowego życia.

Wielokrotnie był jej wybawcą. Emily obawiała się, że gdy się do niego zbliży, on mógłby się od niej odsunąć. Tak więc czekała, ale jej cierpliwość powoli zaczynała się kruszyć.

                                

*    *    *    *

 

„Dobra, ostatnia szansa idziesz pieszo czy wsiadasz?” głos Evansa był ledwo słyszalny z racji hałasującego helikoptera. Piasek wdzierał się pomiędzy włosy i chlastał skórę niczym maleńkie kosy żądne krwi; ostatecznie Emily zgodziła się na lot.            

„Chodziło mi o to, że powinniśmy wysłać kogoś pieszo, aby podążył jego śladami.” Usiadła obok Evansa z nachmurzoną miną.

„Faktem jest,” zaczął Evans, „że on wciąż jeszcze śpi inaczej otrzymałbym informację o zmianie jego pozycji.”  

„Jak odnajdziemy jego ślady po wylądowaniu?” zapytała Emily. „Ta rzecz wytwarza wokół siebie nawałnicę wiatru.” Gestykulowała przy tym wymownie, podkreślając swoje niezadowolenie.      

„Posłuchaj, wylądujemy pół kilometra na wschód od jego pozycji. Może być? Evans opuścił głowę spoglądając przez okulary dwuogniskowe, które założył aby przyjrzeć się mapie. Wiedział, że nadają mu wygląd autorytatywny.       

„Może być.” Przytaknęła cicho Emily. 

Zaledwie kilka sekund później Collin wskazał na spiczastą skalną wieżyczkę, wyłaniającą się przed nimi. Kształt struktury naprawdę był niezwykły. Wznosiła się na przeciw wschodzącego słońca, wyglądając jak stos ułożonych na sobie monet, gotowy przewrócić się pod wpływem zwykłego oddechu.

Helikopter doleciał na miejsce w mniej niż pięć minut. W czasie lotu Emily przyglądała się skalistej powierzchni terenu, podczas gdy Evans pochłonięty był studiowaniem mapy. Samanta przymknęła oczy z powodu dokuczliwego hałasu w czasie lotu, a trochę może i po to, aby uniknąć rozmowy z Andrewsem.     

Drugi z pilotów wychylił się do kabiny pasażerów i oznajmił, że zamierzają wylądować w tym miejscu, tak więc każdy powinien przygotować się do wysiadki. Samanta złapała się za żołądek z dziwnym grymasem, wyraźnie rozstrojona nagłym obniżaniem w dół.       

Wyszli z helikoptera dość szybko, pierwszy Evans, który pomagał pozostałym bezpiecznie wysiąść. Drugi pilot podał Evansowi i Collinowi plecaki, a następnie ostrożnie przekazał Evansowi aluminiowy futerał. „Będziemy w gotowości gdybyście nas potrzebowali, a planowo spotykamy się w tym samym miejscu o 1800. Powodzenia.”          

Evans potwierdził pilotowi machnięciem ręki, po czym helikopter odleciał niczym ogromny chrząszcz. Po chwili objęła ich cisza, jaką tylko potrafi zafundować pustynia.    

„Więc gdzie do cholery mamy szukać jego śladów?” zapytał Andrews, rozdzierając niespodziewanie błogą ciszę.   

„Zanim zaczniemy, chcę wam przypomnieć kilka punktów protokołu, których od tego miejsca musimy się trzymać,” Evans obracał głowę badając okolicę, jakby sprawdzał koordynaty geograficzne. „Po pierwsze, komunikacja z bazą zachodzi wyłącznie za moim pośrednictwem. Po drugie, jeśli znajdziemy coś szczególnego – jak baza-pochodzeniowa artefaktu – przeprowadzamy jedynie rozpoznanie. Zabezpieczamy je; nie badamy. Zrozumiano?”       

Wszyscy przytaknęli głową, gdy Evans rozejrzał się po zespole oczekując odzewu. „Nie odwadniajcie organizmu. Co jakiś czas będziemy się zatrzymywać na odpoczynek i uzupełnienie zapasów wody. Jeśli ktoś będzie potrzebował częstszych postojów na odpoczynek, to niech to zgłosi. W przeciwnym wypadku będziemy się sprężać.”      

Evans spojrzał na moment w kierunku zachodnim; jego nozdrza dziwnie się poruszyły jakby coś zwęszył. „Mamy jego współrzędne, zaczniemy więc tutaj idąc na zachód w kierunku południowo-zachodnim, aż natrafimy na jego ślady. W tej odmianie podłoża, nie powinno być zbyt trudno dojrzeć ślady jego butów.”                 

„A co z Samantą?” zapytała Emily. „Czy nie mogłaby pomóc?” 

„Spróbujmy najpierw starą sprawdzoną metodą,” odpowiedział Evans. „Jeśli przez następne dwadzieścia minut nie trafimy na jego ślady, spróbujemy czegoś innego – biorąc pod uwagę RV.”  

Andrews spojrzał na Evansa, po tym jak wziął duży łyk wody ze swojej manierki. „Jeśli naprawdę chcesz spróbować starą sprawdzoną metodą, to co powiesz na nawoływanie ile sił w płucach?”    

„Najpierw znajdźmy jego ślady. Potem możemy krzyczeć.” Odpowiedział z uśmiechem Evans, po czym ruszył w kierunku współrzędnych wskazanych przez ciało-odcisk Nerudy. Andrews poprawił swój plecak, po czym zaczął wykonywać coś, czego zupełnie nie cierpiał: podążać za czyimiś śladami.

Evans wybrał drogę idącą poprzez dwa skalne strumyki krzyżujące się w odległości 50 metrów. Skały miały kolor jasno-cynamonowy, lecz podczas wschodu słońca nabierały czerwonawego odcienia. Powietrze było całkowicie pozbawione wiatru, tak więc w czasie drogi poprzez pustynię zaczynało im być zbyt ciepło w kurtkach, które mieli na sobie.            

 

*    *    *    *

 

Zaledwie po dziesięciu minutach od wyruszenia, Collin znalazł ślad. 

„Neruda!” zawołał natychmiast Evans, przyłożywszy dłonie do ust. Zawołał jeszcze kilka razy w kierunku wskazywanym przez ślady, jednocześnie nasłuchując uważnie odpowiedzi. Usłyszał jednak tylko nieznaczne echo własnego nawoływania, niczym nie przypominające głosu Nerudy. W wołaniu pomagała mu też Emily, jednak z podobnym skutkiem.  

„Czy nie byłoby rozsądniej przyjąć, że jest ranny?” zapytała Emily, zwracając się do Evansa. „Chodzi mi o to, że przecież Neruda nie byłby skłonny spać na środku pustyni bez śpiwora. Coś musiało się stać.” Jej głos przeszedł w szept. „I to pewnie nic dobrego.”   

„Nie wiemy tego na pewno,” przekonywał Evans. „Jego wskaźnik życiowy był w porządku. Jestem pewien, że uciął sobie tylko drzemkę.”

„Dlaczego więc nie odpowiada?”

„Podążmy jego śladami i dowiedzmy się,” wtrącił Collin, niczym rozjemca. „Nie ma sensu stać tu i spekulować.” Collin z wyglądu był dość szczupły, wiek około czterdziestki, włosy koloru kasztanowego z siwymi odcieniami gdzieniegdzie. Wydawał się niespokojny stojąc długo w jednym miejscu, jak gdyby jego wiotkie nogi nie potrafiły utrzymać ciężaru ciała.           

„NERUDA!” zawołał raz jeszcze Evans, a  jego głos stawał się coraz bardziej niecierpliwy na głuchą ciszę w odpowiedzi.

„Chodźmy go obudzić,” stwierdził Evans.

Podążali za śladami bez trudu, do czasu aż doszli do skalnej nawierzchni, gdzie ślady stały się mniej widoczne. Rozdzielili się niczym mrówki w poszukiwaniu jedzenia, nikomu jednak nie udało się znaleźć dalszych śladów.   

„Musi być gdzieś wśród tych skał. Może jest tu półka skalna lub jaskinia. Poszukajmy jakiejś szczeliny lub wejścia” zwrócił się Evans do reszty zespołu.  

Emily wyczuła narastający niepokój w jego głosie. Napięcie było także wyczuwalne w powietrzu. Wszyscy zdawali sobie sprawę iż mogą teraz znajdować o kilka metrów od bazy istot pozaziemskich. Być może nawet wciąż aktywnej. Zniknięcie Nerudy dopełniało tylko i tak napiętą już atmosferę wokół całej wyprawy.       

„Znalazłam odcisk!”, wykrzyknęła Samanta. „Jest taki sam jak pozostałe... tak myślę.” Przyklękła obok odcisku, wskazując go kijem reszcie schodzącego się zespołu.         

„Dobra robota,” powiedział Evans. „Wiemy teraz, w którym kierunku poszedł. Rozstawmy się w odległości, co pięć metrów i zacznijmy uważnie szukać.”   

„NERUDA!” zawołała ponownie Emily. Silniejsze echo potwierdziło tylko, że znajdowali w głębszej części kanionu. Zbliżali się do masywnie wyglądającej ściany skalnej, która wznosiła się jakieś 40 metrów niemalże w linii pionowej. Kroczyli powoli, a ich głowy rozglądały się niczym kamery monitorujące.         

„Chyba znalazłam następny ślad,” odezwała się Samanta, „ale nie jestem pewna.”

„Wygląda to, jakby zniknął w tej skalnej ścianie,” zauważył Andrews. „Po co miałby tutaj przychodzić? Czy to nie jest ta skała, którą widziałaś w swojej wizji?” po czym wskazał ręką, niczym autostopowicz, smukłą strukturę skalną wyrastającą jakieś 100 metrów za nimi.      

„Wygląda jak odcisk, ale nie da się tego stwierdzić jednoznacznie. Niestety nie ma w pobliżu więcej podobnych miejsc z piaskiem czy sypkimi odłamkami.” Evans zamknął momentalnie oczy, jakby próbował skupić się na miejscu pobytu Nerudy.      

„Jest w pobliżu. Czuję go. Nie śpi teraz. Już wstał.” Głos Evansa brzmiał niewyraźnie, jakby mówił do siebie. „Myślę, że on tam jest.” Jego ręka wskazała dokładnie przed siebie w stronę litej powierzchni ściany kanionu.     

„Jeśli tam jest, to jak tam wszedł? zapytała Emily.

„Musi być gdzieś jakieś wejście. Zbadajmy dokładnie skalną nawierzchnię. W którymś miejscu musi się otwierać.”  

„Może powinniśmy użyć artefaktu,” zaproponowała Samanta. „Jeśli to jest urządzenie naprowadzające, a my jesteśmy tak blisko –”

„Znajdźmy najpierw Nerudę,” przerwał Evans, „a o bazę-pochodzeniową artefaktu pomartwimy się później.” 

„Ale być może oboje znajdują się w tym samym miejscu,” dodała niezdecydowanie Samanta. 

„Wątpię.” Evans odwrócił się, wpatrując się swoimi brązowymi oczami w ścianę przed sobą. „Jak miałby znaleźć bazę-pochodzeniową bez artefaktu? I to w dodatku nocą.”     

„Nie wiem, ale z drugiej strony niewiadomo też skąd wiedziałam jak wyłączyć artefakt ostatniej nocy...” Słowa Samanty zawisły w lekkim porannym powietrzu, otoczone głęboką ciszą niczym archipelag turkusowym morzem.   

„No dobra, poszukajmy najpierw sami wejścia… a jeśli nic nie znajdziemy w ciągu dziesięciu minut, spróbujemy użyć artefaktu.”

„Może lepiej pozwolić Samancie przygotowywać się już teraz, a my w tym czasie będziemy rozglądać się za wejściem do tej cholernej góry?”

Evans westchnął. Spojrzał na Emily oraz Collina, aby zobaczyć ich reakcję na propozycję Andrewsa. „Emily, ty rozejrzyj się tam. Collin, zbadaj teren za tymi skałami. A ty Andrews zajmij się obszarem za tamtymi krzakami. Ja biorę centrum, aby być w pobliżu Samanty jakby coś się działo. Jeśli zobaczycie cokolwiek, co choćby niepewnie przypominało wejście, natychmiast dajcie mi znać.”    

„Nadal nie pojmuję, dlaczego sądzisz, że tam w ogóle jest,” Andrews spoglądał lekceważąco na masywną skałę przed nimi. „Może się po prostu zgubił. Jeden odcisk nie – „ 

„Posłuchaj,” przerwał Evans, ledwo kontrolując rozdrażnienie, „ja czuję, że tam jest. To mi całkowicie wystarczy. Jeśli tobie nie, to idź szukać gdzie indziej, ale swoje argumenty zachowaj dla siebie.”     

Andrews patrzył w dół udając, że bada odcisk na ziemi. 

„Ruszajmy.” Evans zaczął odchodzić, kiedy to nagle zatrzymał się przy Samancie. „Dasz sobie z tym radę?”  

„Tak, wszystko będzie ok.” Uśmiechnęła się niepewnie, lekko onieśmielona faktem, że pozostanie sam na sam z artefaktem.

„Będę tylko o parę kroków stąd. Zawołaj jeśli będziesz czegoś potrzebowała.” 

Zdążyła jedynie powiedzieć „powodzenia” zanim wszyscy rozproszyli się do wyznaczonych obszarów poszukiwań. Emily zaczekała aż pozostali odeszli.  

„Samanto,” odezwała się cicho Emily, „zamierzasz wykonać RV, aby zlokalizować Nerudę?” 

„Nie wydaje mi się abym musiała. Evans jest pewny, że Jamisson tam jest, a ma przecież SL-Czternaście. Nie zamierzam się z nim sprzeczać z tego powodu.”   

„Oni nie są doskonali,” powiedziała Emily. „Nasłuchałam się historii o ich zdolnościach metapsychicznych, ale myśl, że byłoby dobrze wykonać RV w tej sytuacji, chociażby po to aby po prostu potwierdzić założenia Evansa. 

„Mogę to zrobić,” oświadczyła Samanta.

„Dzięki, jesteś kochana.”

„Proszę bardzo,” odparła Samanta, uśmiechając się w stronę ziemi. 

„Aha i przy okazji,” dodała Emily,” czy pamiętasz jak wyłączyć artefakt, gdyby się reaktywował?” 

„Nie mam pojęcia, ale wtedy także nie wiedziałam. Poza tym, sądzę iż teraz już się trochę bardziej znamy. Mam uczucie, że teraz będzie się inaczej zachowywał w mojej obecności.”     

„Mam nadzieję, że masz racje,” Emily klepnęła ją lekko po ramieniu odchodząc w swój rejon poszukiwań. Lubiła nieśmiałość Samanty, jej wrażliwą naturę. Przypominała jej ją samą sprzed kilku lat. Przed chorobą na raka. 

Wynurzyła się przed nimi skalna ściana, zasłaniając promienie słoneczne i ukazując swoje surrealistyczne piękno i tajemniczość. W cieniu ściany powietrze było dość chłodne, ale panująca wokoło absolutna cisza przytłaczała takie sprawy jak brak kurtek. Skały, które poprzez tysiąclecia poodpadały gdzie nie gdzie od olbrzymiej ściany były wielkie niczym domy. Można było sobie łatwo wyobrazić jak to wyglądało i jaki towarzyszył temu dźwięk, gdy odrywały się od ściany niczym kolosalne lodowce.      

Samanta zajęła się ustawianiem RePlay oraz przygotowywaniem na kolejne spotkanie z artefaktem. Podczas gdy przeprowadzała RV zawsze wolała robić to sama. Wszystko czego potrzebowała to dane wyjściowe, na które zazwyczaj składały się: współrzędne poszukiwania oraz konkretny przedział czasowy. To dość mało, ale jeśli miałaby zbyt wiele parametrów, prawdopodobnie dałoby to mniej precyzyjne wyniki. Branson zjawisko to nazwał terminem: Zjawo-Zasupływanie, co było jednoznaczne z tym iż zbyt wiele danych o poszukiwanym obiekcie redukowało swobodny przepływ energii metapsychicznej.              

Samanta jak dotąd dopiero raz doświadczyła tego zjawiska, niepokoiło ją jednak, że w tej chwili znajdowała się w podobnych okolicznościach jak pierwszym razem. Znała obiekt, położenie oraz cel poszukiwania. Będzie ciężko świadomie zapomnieć o tym, co już wie i swobodnie obserwować oraz nasłuchiwać obrazy pojawiające się podczas sesji Teleobserwacji. Obrazy w trakcie sesji są bardzo delikatne i niestabilne. Wymagają całkowitego zaabsorbowania od RV. W przeciwnym wypadku rozpłyną się zanim uda się je zrozumieć i zanim nabiorą formy możliwej do zarejestrowania przez RePlay.      

Gdy nałożyła na głowę urządzenie, pieszczotliwie nazwane Muszlą Umysłu, otworzyła futerał. Artefakt jak na razie spokojnie leżał. Była lekko zaskoczona. Może wyłączyła go na stałe. A może po prostu jego misja została zakończona ostatniej nocy.

Obejrzała ostrożnie obiekt, dotykając jego obudowy jak gdyby był nowonarodzonym niemowlęciem. Włączyła przycisk od RePlay, dostosowała jego wrażliwość wychwytywania, usadowiła się w pozycji z nogami skrzyżowanymi w stylu indiańskim, po czym zamknęła oczy niczym masywne drzwi oddzielające od hałasu ulicznego.

W ostatniej chwili zmieniła cel sesji ze zlokalizowania Nerudy na zidentyfikowanie położenia bazy-pochodzeniowej artefaktu. Przyjęła iż Neruda mógł właśnie tam być i tą strategią załatwi dwie sprawy za jednym razem.

Po chwili zaczęła widzieć obraz wyłaniający się na ekranie jej umysłu. Jej szef zjawisko to nazywał Statycznym BS, czyli Muszla Umysłu projektująca obraz samej siebie, efekt występujący przy włączaniu urządzenia. Miało to jakiś związek z jego polem elektrycznym i bezpośrednim sąsiedztwem z korą wzrokową. Jednakże obraz, który teraz zobaczyła, niepodobny był do żadnych jakie kiedykolwiek widziała.  

Trzy formujące się mgliste kształty, wyglądające jak zielone prostokąty płynące w szarobrązowym świetle. Jej oko umysłu skupiło się odruchowo na niewyraźnych kształtach, mając nadzieję, że zdoła je przeniknąć i poznać ich zamiary, ale cokolwiek próbowała nie dawało to żadnych efektów. Wyglądały trochę jak jakieś drzwi – chociaż intuicyjnie wyczuwała, że nie jest to ich przeznaczeniem.

Prostokąty, unosząc się w przestrzeni, zaczęły wirować – każdy w innym kierunku. Pierwszy pozostał w pionie, wirując przeciwnie do ruchu wskazówek zegara; drugi obracał się przodem niczym wiatrak; a trzeci wirował zgodnie z ruchem wskazówek zegara, tak jak pierwszy: wokół osi pionowej. Bez żadnego niepokoju zdała sobie sprawę, że artefakt delikatnie brzęczy w harmonii z obrazem – ruchem – który widziała.   

Postanowiła przetestować hipotezę drzwi, zaczęła więc powoli zbliżać się do prostokątów. Gdy była już blisko nagle zatrzymały się, a brzęczenie wydobywające się z artefaktu ucichło. Pomyślała o przerwaniu sesji, ale coś w tych kształtach nakazywało jej kontynuować. Emanowały jakąś obecnością, mocą, której nigdy wcześniej nie spotkała. Wydawały się one zarazem naturalnie jak i nienaturalne i to właśnie ten paradoks pchał ją do przodu.

Samanta dotknęła środkowy prostokąt, a gdy tylko to zrobiła, zaczął się zmieniać. Formował się w postać przypominającą wysokiego, sędziwego, ludzkiego mężczyznę z brodą, przypominając trochę jakby czarodzieja, którego oczy wpatrzone były w nią tak intensywnie, że nie była w stanie zdecydować się na inny krok poza odwrotem.

„Nie lękaj się nas,” – wypełnił ją głos, rozlegając się w jej wnętrzu. Brzmiało to tak, jakby nagle każdej komórce w jej ciele urosły uszy.  

„Jesteśmy tym, czego szukacie, tym czego szukaliście od zawsze,” kontynuował głos. Brzmiał on autorytatywnie, a zarazem nadzwyczaj delikatnie. „Jesteście prowadzeni nawet w tym momencie do znalezienia tego, co dla was zostawiliśmy. Jest to już w zasięgu waszej dłoni, a gdy tylko wasze palce na to natrafią, niech uchwycą to bez wahania. Wolne od lęku. Mówimy wam, że to jest jedyna droga. Jedyna droga.”

Nastała cisza. Samanta ponownie spojrzała na istotę przed sobą. Ta z kolei powróciła do formy prostokąta, który unosił się jak niczym niewyróżniające się zielone drzwi.     

Z czystej głębi jej instynktu wydobyło się pytanie. „Co jest w zasięgu naszej dłoni?”

„Droga do naszego świata,” odparł głos.

„Waszego świata?” Powtórzyła pytająco.

„Znajdziecie nasz świat jedynie wtedy, gdy wasze dalsze poczynania wolne będą od lęku. To jest jedyna bariera do naszego świata, której nie da się ominąć.”   

„Dlaczego chcecie abyśmy znaleźli wasz świat?” Zapytała Samanta, świadoma że jej głos zdradzał zakłopotanie. 

„Byliśmy pośród waszego gatunku od chwili jego stworzenia na planecie, którą nazywacie Ziemia. Jesteśmy obecni w waszym DNA – zakodowani w niewidocznych strukturach, które je otaczają i wspierają. Nasz świat jest zarówno w was, jak i znacznie dalej niż wasz umysł jest w stanie to objąć. Odnajdziecie nasz świat, gdyż potrzebujecie naszego wsparcia do obudzenia tej części waszej natury, która pozostaje w ukryciu dla waszego postrzegania za maską języków waszego świata.”       

„W ukryciu?” Zapytała Samanta. „W jakim sensie?”

Powierzchnię centralnego prostokąta wypełnił obraz Ziemi otoczonej włóknami światła. Wyglądało to jakby na jego powierzchni miała miejsce projekcja filmu trójwymiarowego.

„Waszą planetą zainteresowany jest pozaziemski gatunek, którego istnienia nie jesteście teraz świadomi. Gatunek ten jest znacznie bardziej zaawansowany i niebezpieczny, niż może to wyobrazić sobie wasz przeciętny obywatel. Jako że przeznaczeniem rodzaju ludzkiego jest pozostać opiekunem biblioteki genetycznej zwanej Ziemią, którą tak troskliwie wypielęgnowaliśmy i wyeksportowaliśmy do tej galaktyki, będzie on musiał obronić się przed tą drapieżną rasą.”

Obraz Ziemi powiększył się, jak gdyby kamera wykonała powolne zbliżenie na drobną błękitną sferę dryfującą w nieprzebranej czerni kosmosu. Samanta nagle zauważyła osobno pulsujące światła, które wyglądały jakby zaznaczone punkty strategiczne planety. Jej wzrok zatrzymał się na obszarze Nowego Meksyku, gdzie widniał jeden z zaznaczonych punktów.  

„To, co pozostaje przed wami w ukryciu,” kontynuował głos, „to fakt iż wasza planeta jest częścią współpołączonego wszechświata, który funkcjonuje w perfekcji pozornego chaosu poza konstrukcjami instrumentami, technologiami i formułami zdefiniowanymi przez waszych naukowców. Głębiej niż cząsteczka i fala, głębiej niż podświadomość, głębiej niż rezonans duchowy największych nauczycieli Ziemi istnieje Język Jedności i to właśnie on wciąż pozostaje dla was rzeczą ukrytą. Język Jedności jest zakodowany w waszym DNA. My to zrobiliśmy. Umieściliśmy też w waszym DNA aktywatory, które umożliwiają wam przebudzenie zdolności do przetrwania przemiany w trakcie dokonywania transformacji genetycznej.” 

„Dlaczego? Dlaczego mielibyśmy dokonać transformacji genetycznej?” Nie potrafiła ukryć sceptycyzmu, ale gdy tylko wypowiedziała te słowa poczuła narastające w niej uczucie lęku. Jakby nie patrzeć, wchodziła w interakcje z czymś, czego nie zna, a wiedziała dobrze, że ufanie czemukolwiek lub komukolwiek w samo-kierowanej sesji RV graniczyło z szaleństwem.   

„Dowiecie się wszystkiego niebawem,” odpowiedział głos. „Po tym spotkaniu, zaczniesz odczuwać nową pewność siebie w swoich zdolnościach operatora RV. Wesprze to ciebie w obliczu wątpliwości i lęku, jakim przyjdzie tobie stawić czoło w nadchodzących tygodniach. Na poziomie, o jakiego istnieniu nie masz pojęcia, jesteś istotą holograficzną wplecioną we wszystko co istnieje i kiedy doświadczysz tego uczucia, obudzisz częstotliwość swojej świadomości, która zaprowadzi ciebie do naszego świata. Nie masz powodu, aby nam wierzyć, wiedz jednak, że nasze słowa mają na celu nic innego jak obudzenie tej części ciebie, która od długiego czasu pozostaje nieaktywna. Jesteśmy WingMakers. Pozostawiamy ciebie w Świetle, które jest Jednią.”  

Prostokąty rozmyły się w zielonkawo-złote światło, które całkowicie wypełniło jej wizję. Dźwięk oddalonego głosu Andrewsa naruszył jej koncentrację, toteż wróciła do swojej ludzkiej rzeczywistości, nieśmiało mając w pamięci, iż właśnie utraciła kontakt z najbardziej zdumiewającą siłą, jaką kiedykolwiek widziała.
 
 
 

© 2017 WingMakers (PL)
Materiały WingMakers powielone za zgodą WingMakers LLC